wtorek, 22 października 2019

Iza Komendołowicz - Rozwód po polsku. Strach i nadzieje


Na początek garść danych. Z roku na rok zawieranych w Polsce małżeństw jest mniej, wiek nowożeńców jest coraz wyższy, ludzie decydują się na dzieci później, jednocześnie spada dzietność. Jest jednak też pewien element stały – rozwody. Od kilkunastu lat na stałym poziomie utrzymuje się liczba rozwodów w Polsce - około 65 tysięcy orzeczeń rocznie. Zdecydowana ich większość (74%) to rozwody bez orzekania o winie, 3% rozwodów następuje z winy kobiety, 18% procent następuje z winy mężczyzny. Zwykle o rozwód wnioskuje kobieta (2/3 przypadków). Przyczyną rozpadu małżeństwa najczęściej bywa niezgodność charakterów (1/3 przypadków), zdrada (1/4 przypadków) oraz alkoholizm (19%). Rozwodnicy w małżeństwie spędzają średnio 14 lat. Małżonkowie stanowią 60% społeczeństwa w wieku 20+, rozwiedzeni  około 5%.

Tej garści danych w książce „Rozwód po polsku” próżno szukać. Są to dane, które znalazłam w raporcie GUS na temat małżeństw i dzietności. Z książki Izy Komendołowicz wyłania się obraz dużo tragiczniejszy, sensacyjny, ale zwyczajnie nieprawdziwy. Autorka rozmawia z rozwodnikami, małżonkami w trakcie rozwodów, mecenasami, sędziami, detektywami, mediatorami, ale nikt nie mówi o ludziach rozwodzących się „po ludzku”. Ewentualnie mówią o ludziach, którzy rozwodzą się w normalnej atmosferze tylko dlatego, że muszą lub im nie zależy. Stałym elementem są złe zamiary. Nie ma mowy o żadnej monografii, reprezentatywnym opisie. Co gorsza przeciętny opis przypadku to pół strony. Kilka zdań. Na pewno nie jest to żadna naukowa metoda badań. Książka przez to nie jest w stanie powiedzieć nic poza tym, że nie zawsze ludzie są w stanie rozejść w zgodzie. Czy ktoś tego nie wiedział?

Zresztą nawet ta informacja jest zawoalowana – gdybym nie wiedziała na temat rozwodów nic, gdybym nie potrafiła dotrzeć do danych udostępnianych przez GUS, gdybym przyjęła wizję autorki, musiałabym dojść do wniosku, że ludzie nie potrafią rozejść się w zgodzie generalnie. Niesmak – to pozostaje po lekturze. Niesmak wywołany warsztatem Izy Komendołowicz, tym, że takie książki są wydawane, tym że ludzie szukają w książkach emocji rodem z tabloidu.

Książka jest doskonałą pożywką dla tego co negatywne. Pięknie może wzmóc lęk, zdemonizować rozwód, odmówić sprawczości i zaprzeczyć sile i godności ludzi, którzy np. po wieloletnich toksycznych małżeństwach się z nich uwalniają, albo po prostu tym, którzy zawierają małżeństwa choć nie mieszczą się w jego ramach i wcale nie mają zamiaru w nim trwać do końca życia i bez względu na wszystko. Czasy się zmieniają, a instytucja małżeństwa nie – zdecydowanie ciekawsza kwestia, niż wyrwany z kontekstu (chociaż przepraszam: dość często pojawia się informacja o tym, że ktoś miał pieniądze lub nie, albo że był starszy/młodszy od małżonka) kilkuzdaniowy opis okoliczności rozstania.

Natomiast na absurd zakrawa to jak książka jest skonstruowana. W książce znajdują się wyłącznie cytaty, ani słowa wstępu (poza dwiema stronami na początku książki, z których dużo mogłam dowiedzieć się o negatywnym poglądzie autorki na rozwód), ani słowa podsumowania, czy odniesienia do ogółu. Sporo rozdziałów, a w każdym z nich kilka wypowiedzi. Zero kontekstu, informacji o statystykach, o stanie wiedzy, badaniach. Autorka w ogóle w tym tekście nie istnieje, trafniejszym określeniem byłoby chyba redaktorka. Bo czy można być autorem cudzych cytatów?

Pewnie znajdzie się grono czytelników, którzy tę książkę docenią, ale ja osobiście wolałabym żeby tego typu pozycje się nieukazywany. Rzeczywistość w przeważającej większości nie jest ani czarna, ani biała i opisywanie wyłącznie skrajnych przypadków, w dodatku tylko z jednej perspektywy i w bardzo prosty sposób, wydaje się szkodliwe, zakłamujące rzeczywistość, ograniczające.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Zapraszam do dyskusji ;)