Piotr swojego dziadka pamięta tylko z wczesnego dzieciństwa. Kilka wspomnień własnych, więcej cudzych, kilka zdjęć, listów. I nigdy nieodwiedzony grób we Lwowie. Piotr już jako dorosły człowiek postanawia odtworzyć część rodzinnej historii, ma świadomość, że został już tylko on, nikt prócz niego nie będzie pielęgnował pamięci. Podróż okazuje się jednak znacznie dłuższa, niż z Warszawy do Lwowa. W międzyczasie mężczyzna wchodzi w posiadanie tajemniczej skrzyneczki, w której znajduje kilka kolejnych zdjęć i listów. Dziadek pisze z Syberii. Grób we Lwowie nie istnieje.
Piotr nie rezygnuje z pierwotnego pomysłu, tworzy plany, zdobywa środki, wyrusza w drogę. Zaczyna w urzędach i archiwach, kończy na mongolskim stepie, kompletnie zniszczony. Czas zatarł większość śladów, aby zdobyć okruchy trzeba najpierw przebić się przez wiele innych ludzkich historii, poznać wiele losów. Cukiernik ze Lwowa znika, zastępuje go zupełnie inna postać, nieznana, coraz bardziej tragiczna. Powstająca historia jest zupełnie inna niż ta, którą Piotr pragnął poznać. Coraz mniej w niej przeszłości, coraz więcej dzieje się tu i teraz, coraz trudniej pomijać siebie samego, dystansować się. I wcale nie jest łatwe przyznanie się do tego.
Nie potrafię jednoznacznie ocenić tej książki. Znalazłam w niej wiele emocji, wiele osobistych przeżyć i refleksji, ale jest też sporo pytań, których pominięcie trudno mi wybaczyć. Nie była to lektura łatwa, a jako czytelnik, podejmując wysiłek, próbę wejścia w obcy świat, w dodatku świat tak intymny oczekuję, że efekt będzie tego warty. Nie jestem pewna czy był. Książka opisuje długą i trudną podróż i mam wrażenie, że na kartach książki nie udało się odpowiednio ukazać jej znaczenia. Zabrakło mi równowagi pomiędzy przeszłością i teraźniejszością. I to dokładnie w odwrotnym układzie, niż bym sobie życzyła. Im podroż była trudniejsza, tym Piotr stawał się bardziej wycofany, tym bardziej skupiał się na szczegółach z przeszłości, byle tylko nie musieć zmierzyć się ze sobą.
W tego typu książkach, a miałam ich okazję w ostatnim czasie przeczytać kilka - ni to powieściach, ni to reportażach, wspomnień, mam za każdym razem podobne wątpliwości. Mówiąc bardzo ogólnie - ograniczenie postacią autora, brak wspomnianego dystansu, jednotorowość spojrzenia. W przypadku "Bez pamięci" jest to stosunkowo dość dobrze rozegrane, pociągnięte do końca i ostatecznie umocowane. Ale to co uwiera przez całą książkę nie powinno być zmazane przez kilka stron zakończenia. Takie pisanie nie sprawdza się moim zdaniem podczas pisania o podróżach
Mam mieszane uczucia, ale nie są to uczucia skrajne. Lekkie odchylenia na plus i na minus. Całość po prostu nie w moim stylu. Zabrakło mi kolorów, dynamiki, również na poziomie języka, refleksyjności, niekoniecznie ograniczającej się do patrzenia wiek wstecz, wrażliwości, ludzi w tej historii. Są tu tylko dwa podmioty - Piotr i jego dziadek - cała reszta jest tylko tłem, została potraktowana przedmiotowo. Wytyczona droga była zbyt prosta, zbyt przykuwała wzrok, zbyt wiele rzeczy umknęło.
Ocena: 5/10
Recenzja bierze udział w wyzwaniach: