środa, 8 kwietnia 2020

Maria Adolfsson - Doggerland. Podstęp


Na wyspach Doggerlandzkich – wyniesionej nad poziom morza przez Autorkę Atlantydzie rozciągającej się między Wielką Brytanią a Szwecją – dokładnie na Heimo, niewielkiej wyspie, w zamkniętej i dusznej
(a jakżeby inaczej!) społeczności, dochodzi do morderstwa. Śledztwo poprowadzić ma komisarz Karen Eiken Hornby – kobieta, która mimo kompetencji
i dużego doświadczenia w Policji nadal nie może dostać się na adekwatne stanowisko.  Śledztwem ma zająć się właściwie tylko dlatego, że ofiarą jest była żona jej przełożonego. Rola, która staje się jej udziałem jest niewdzięczna, śledztwo od początku tkwi w martwym punkcie, a presja przełożonych jest ogromna
i pozbawiona sympatii. Na sympatię nie może liczyć właściwie z żadnej strony, również policjanci przydzieleni do sprawy korzystają chętnie z każdej okazji by wbić swoją własną szpilkę. Karen ma stać się kimś w rodzaju kozła ofiarnego. Śledztwo z góry spisano na straty, a jej jedynym zadaniem jest oczyszczenie imienia szefa. Krótko mówiąc: bohaterką jest sfrustrowana (słusznie) pani komisarz, próbująca przezwyciężyć samą siebie, niechęć otoczenia
i rozwiązać sprawę, w której właściwie brakuje wątku do pociągnięcia.

Niestety, wszystko to w konwencji kryminału, gatunku, który nie lubi nudy, a która sączy się z każdej strony książki. Nie da się ukryć, że jest ich 479. Sam początek śledztwa, kreślenie tła i wprowadzanie postaci – czyli powiedzmy pierwsza połowa – jest dość zjadliwa; tendencyjna i wtórna, ale nie drażni (o ile nastawimy się na przeciętność). Im dalej tym gorzej. Wszyscy bohaterowie okazują się całkowicie jednoznaczni i pozbawieni głębi. Nawet główne postaci nie rozwijają się, a wszystkie zwroty akcji można bez problemu przewidzieć i znużyć się oczekiwaniem na nie. Nie mogę przymknąć oczu również na tani sentymentalizm, w którym autorka widocznie się lubuje i który
w pełni rozkwita we wręcz groteskowej formie w zakończeniu (które z łatwością można przewidzieć, ogromnie rozczarowuje i jest idealnym zwieńczeniem tej nieciekawej historii).

„Doggerland” jest do bólu tendencyjny. Począwszy od tła, poprzez styl, aż po postaci. Rzecz jasna, skoro skandynawski kryminał – musi być surowo, mrocznie i w małej społeczności. Kolejna rzecz – książka musi być gruba - niestety autorce opis wyszedł rozwlekły i rozcieńczony, zamiast gęstego, nanoszącego kolejne warstwy (efektem są nudne i sympatyczne postaci błądzące we mgle). Oczywiście muszą być problemy społeczne – mamy sytuację kobiet, osób nieheteronormatywnych, bezdomnych, migrantów i kilku innych wykluczonych… Wszystko tylko lekko tknięte, do niczego nie prowadzi. Jakby Maria Adolfsson po kolei odhaczała wszystkie punkty z listy zatytułowanej „bestsellerowy skandynawski kryminał”.  Rozumiem, że „Doggerland” to książka gatunkowa, ale
w tym pisaniu z przepisu zabrakło choć krzty finezji. 

Bez talentu i bez pomysłu, momentami aż żenująco niezgrabnie Maria Adolfsson postanowiła przedstawić najnudniejszą zagadkę kryminalną, jaką opisano w literaturze. Koniec historii. Chciałabym napisać dla równowagi kilka słów o zaletach tej książki, ale cóż… Na chęciach muszę poprzestać, ponieważ ta wyprawa nie mogła skończyć się dobrze. Bo przede wszystkim była to wyprawa Autorki i Wydawców po pewne pieniądze ze szwedzkiego kryminału, który jako marka jest już - moim zdaniem – wyczerpany niemal do cna. Podziękujcie sobie sami.


Ocena: 2/10

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Zapraszam do dyskusji ;)