Książki i recenzje związane z hasłem: Wydawnictwo W.A.B
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo W.A.B. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 czerwca 2016

Hanya Yanagihara - Małe życie

Książka z zeszłorocznej shortlisty tytułów nominowanych do nagrody Booker'a, rzecz która już z założenia nie może zawieść. I nie zawodzi, ba - robi ogromne wrażenie. Prostotą, mądrością, ciekawą perspektywą, ponadczasowością, autentycznością. Autorka opisuje wydarzenia ponad czterech dekad, a jednocześnie rezygnuje kompletnie z osadzania powieści w czasie, wyłuskując dzięki temu z jednej strony istotę każdego z bohaterów, z drugiej utrwalając pewne iluzje i marzenia, rzeczy o których chcemy myśleć jako odwiecznych, wiecznych i metafizycznych. Paradoksalnie obnażając ich kruchość, relatywność i zmienność. Opisuje człowieczeństwo.

Przez pierwszych kilkadziesiąt stron książki poznajemy historię czterech równoprawnych bohaterów: artysty JB, aktora Willema, architekta Malcolma i prawnika Juda. Każdy z nich jest kompletnie inny, mają bardzo różne doświadczenia, inaczej patrzą na świat, na siebie, na innych. Grupa przyjaciół, która przyjeżdża do Nowego Jorku, po studiach, pełna marzeń i ambicji, wszyscy na początku swojej drogi, nowi dorośli. Grupa piękna z zewnątrz, ale my poszukujemy pęknięć. Dla mnie te pierwsze strony były najgenialniejsze. Te strony, na których byli we czworo. Ostatecznie narracja zostaje zdominowana przez Juda, jedynego z bohaterów, który zamiast budować/odkrywać swoją tożsamość, stara się jej pozbyć. Nie chcę zdradzać jego historii, autorka nie bez powodu bardzo skąpo wydziela informacje. Powiem tylko, że był to moment wręcz piorunujący, gdy sobie uświadomiłam jaka jest zasadnicza różnica pomiędzy Judem, a resztą jego przyjaciół. Udało mi się pojąć więcej ze świata. Nie tylko przedstawionego.

wtorek, 3 listopada 2015

Michel Houellebecq - Uległość

Houellebecq'a warto czytać, powtarzam to po każdej kolejnej jego książce - uwielbiam w prozie tego autora, fakt że zawsze, ale to zawsze wywołuje uczucie dyskomfortu, wcześniej poprzedzone zatopieniem się w czymś, z czym łatwo się zidentyfikować. Oswaja czytelnika, by później prosto w twarz powiedzieć mu niewygodną prawdę. Zresztą, czy prawdę, czy nie - nie to jest najważniejsze, Houellebecq żongluje optyką i zawsze ukazuje dwie strony medalu, przy czym zwykle przechodzi od skrajności, do skrajności. W jego pisarstwie jest zawsze szczypta genialności, nawet jeśli ostatecznie ma rozczarować. A szczerze mówiąc - rozczarowuje zawsze, taka specyfika, puentą zataczających szerokie kręgi dywagacji, jest zwykle szara rzeczywistość. Michel Houellebecq rozczarowuje zgodnie z zamierzeniem, a to też nielada wyzwanie.

"Uległość" zapowiadała się, czy raczej była zapowiadana inaczej, niż wcześniejsze jego książki - jako powieść polityczna, wizja przejęcia władzy we Francji przez wyznawców Islamu. Podchodziłam do tematu z mieszanymi uczuciami, bo o ile Houellebecq'a warto czytać, nie nazwałabym siebie jego fanką, nie ma u mnie kredytu zaufania. Uwielbiam jego styl pisania, bezpośredniość, celność spostrzeżeń, brak tabu, na przeciwnej szali leży natomiast przymus szokowania i operowanie skrajnościami, coś co łatwo może wymknąć się spod kontroli. Houellebecq'a można podziwiać, ale ja osobiście miłości do jego twórczości po prostu sobie nie wyobrażam. Natomiast Islam od początku wydawał mi się tematem zbyt prostym, zbyt banalnym, jak na tego autora. Z ulgą przyjęłam fakt, że wydarzenia polityczne, islamizacja Francji dzieje się przede wszystkim w tle i niewiele ma w sobie z katastroficznej wizji, że Michel nadal pisze o jednostce, że nie demonizuje idąc po najmniejszej linii oporu.

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Juli Zeh - Corpus delicti

Zawsze chętnie, z dużymi oczekiwaniami i wręcz z drżeniem rąk sięgam po antyutopie. Uwielbiam ten gatunek, w którym z założenie chodzi o coś więcej, a co zwykle skrywa się za ciekawą fabułą. Książka Juli Zeh porusza ciekawy temat - coraz większej medykalizacji wielu dziedzin życia, a przy okazji - jak to antyutopia zahacza o temat wolności, rozwoju, różnego rodzaju konfliktów, ewolucji wartości itd.

Przedstawiona w książce sytuacja jest skrajna. Życie i zdrowie jako największa wartość - nie brzmi to przerażająco, jednak w momencie kiedy życie sprowadza się do ciągłego dbania o ciało, kondycję; analizie poddawane jest wszystko - począwszy od składu powietrza w mieszkaniu, po skład tego co mieszkanie opuszcza kanałami, kiedy każdy człowiek wszczepiony ma chip, codzienne badania krwi i moczu to obowiązek, kiedy ciało i własne życie przestaje być własnością jednostki - wszelkie wzniosłe hasła zmieniają swój sens. 

piątek, 24 stycznia 2014

Joanna Bator - Ciemno, prawie noc

Joanna Bator po raz trzeci zabiera nas do Wałbrzycha. Tym razem jest to jednak zupełnie inne miasto, niż opisywane w poprzednich tomach tzw. trylogii wałbrzyskiej, czyli "Piaskowej Górze" i "Chmurdalii". Autorka tworzy powieść z wieloma elementami horroru, thrillera, czy powieści gotyckiej. Wprowadza duchy, zło pod postacią kotojadów oraz kilka realnych, lecz niemniej niepokojących postaci - fałszywych proroków, morderców, pedofilów, a wszystko to dopełnia duchami przeszłości, historią miasta, czy własnymi demonami poszczególnych bohaterów.

W poprzednich książkach Joanna Bator skupiła się na snuciu historii długich, niemających ani początku ani końca. Opisywała to co wydawało się jednolite i nieciekawe - blokowisko, tłum, pokazywała jego ludzką twarz i tłumaczyła. W "Ciemno, prawie noc" po raz kolejny mamy tłum i bohaterów bardzo wyrazistych, jednak tłum okazuje się złowieszczy, rozumiany wręcz socjologicznie, jako masa, bezwolna i nieracjonalna, zdolna do czynów wielkich, ale też strasznych, w której jednostka się zatraca i gubi swą sprawczość, czy podmiotowość. Tłum jest jednym bohaterem.

poniedziałek, 22 lipca 2013

Joanna Bator - Chmurdalia

„Chmurdalia” to kontynuacja niesamowitej „Piaskowej Góry” – historia właściwie nie tyle jest w prosty sposób kontynuowana, co po prostu się rozrasta. Bohaterowie nabierają kolorów, postacie pominięte, czy po prostu dotąd drugoplanowe przedstawiają swoje historie. Te dawne, miejskie i wiejskie legendy, rodzinne anegdoty, opowieści wyssane z palca oraz te wyjątkowe, stanowiące sens życia.

Motywem przewodnim książki jest podróż, tułaczka czasami, Odysa podróż do domu. Każdy jest w jakimś sensie i stopniu tym Odysem – zwodzonym przez syreny, szukającym domu, czegoś czego nie ma już od dawna nigdzie indziej niż w sercu i umyśle. Niektóre podróże zaczynają się przed wiekami, raz przerywane, to znowu kontynuowane, rodzinne historie, przeszłość kształtująca tu i teraz. W międzyczasie zmieniają się sensy, powody, cele, zostaje tylko znany od wieków wzór – mityczny, hipnotyzujący, magiczny i przesiąknięty metafizyką.

Po „Piaskowej Górze” czułam niedosyt, chciałam aby opowieść snuta przez Bator się nie kończyła, by zakreślała kręgi większe i większe, by w ten sposób opisać można było cały świat. Po „Chmurdalii” odczucia mam podobne, przy czym niedosyt jest nieco mniejszy – chyba głównie dlatego, że tym razem autorka wychodzi poza wałbrzyską Piaskową Górę i przenosi nas do Grecji, Nowego Jorku, Londynu, Niemiec.. Rzeczywiście jest w tej książce opis może nie świata, ale pewnych uniwersaliów, różnych wariantów jednego zjawiska, czy postaci. Ukazuje braterstwo dusz tam gdzie zwykle widać jedynie przepaść.

piątek, 10 maja 2013

Eoin Colfer - O mały włos

Tym razem nieco mniej moim zdaniem udany powrót do świata idoli z dzieciństwa. Eoin Colfer, czyli twórca Artemisa Fowla, którego przygody fascynowały mnie gdy miałam lat mniej więcej 10. Powieść dla dorosłych nie porwała. Kompletnie. Być może nie mój gatunek, na pewno nie moja stylistyka. To co sprawdza się na ekranie telewizora, w książce drażni zamiast bawić, a do tego szybko nudzi, a więc można powiedzieć, że im dalej tym gorzej. Do połowy książkę czytało się dość przyjemnie, później męczyła coraz bardziej, ostatnie 30 stron było męczarnią po prostu ogromną.

Nie chodzi o to, że książka jest kiepska, czy niespójna. Książka jest komedią pomyłek, pełna jest absurdu i żartów wszelkiego rodzaju. Na jej podstawie można by nakręcić komedię sensacyjną na poziomie, ale co innego niezobowiązująco pogapić się na ekran, a co innego spędzić na uważnej lekturze kilka godzin. Ciągłe zmiany akcji, brak jakiejkolwiek logiki, wszystko jest kompletnie nieprzewidywalne. Także lektura musi być uważna, żeby kompletnie się nie pogubić. Ale  ile można czytać o bezsensownych strzelaninach, dziwnych wspomnieniach głównego bohatera, zwariowanych sąsiadkach, i wyimaginowanych przyjaciołach?! I nie mieć dość.

wtorek, 12 lutego 2013

Joanna Bator - Piaskowa Góra

Muszę się przyznać, że rzadko czytam książki polskich autorów, tak jak i rzadko oglądam polskie filmy.  Stosunkowo często kuszę się jeszcze na reportaże, ale po literaturę piękną, tym bardziej współczesną okazjonalnie. Dlaczego? Denerwuje mnie język jaki zwykle można znaleźć w dziełach polskich autorów - nazywam go wymiotnym. Przerost formy nad treścią, ciągłe przekleństwa, karykaturalne postacie, opisywanie wszystkich możliwych obrzydliwości, przedstawianie bohaterów zawsze w złym świetle.. Właśnie z tym kojarzy mi się polska literatura ostatnich 10 lat.

Piaskowa Góra jest to pierwsza pozycja Joanny Bator z którą się zetknęłam. Słyszałam o tej autorce dużo i same pozytywy, więc moje oczekiwania co do tej pozycji były wysokie. Z początku nieco się zraziłam, ciężko było mi się wbić w rytm tej książki, który wymaga ciągłej czujności, gdzie opis jest bardzo gęsty, a zwroty częste. Brak dialogów, strumień świadomości (tylko czyj ten strumień?), często  oparty tylko na skojarzeniach, z dygresjami na kilkadziesiąt stron, bardzo rozbudowany - czasowo obejmujący ponad sto lat, kilka pokoleń, kilku rodzin. Zanim jednak to wszystko zaczęło samo żyć w mojej głowie musiałam zmierzyć się z moją niechęcią do tych obrzydliwostek tak eksploatowanych w polskiej literaturze.

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Agnieszka Drotkiewicz - Teraz

Taka malutka książeczka to, w sam raz do czytania w tramwaju/pociągu lub do pochłonięcia w jeden wieczór. Czyta się łatwo i przyjemnie, bez większej fabuły, raczej strumień świadomości. Mi nie przypadło zbytnio do gustu, choć napisane sprawnie i konsekwentnie, po prostu nie lubię tego typu prozy.

Książkę nazwałabym popisem sprawnego posługiwania się symbolami i odwołaniami do rodzimej popkultury. Agnieszka Drotkiewicz sypie wszystkim tym co można usłyszeć lub wyczytać, jakby książka o kobiecie myślącej tekstami piosenek i złotymi myślami. Tylko dlaczego cytaty w tej książce nie są zaznaczane? To mnie osobiście zastanawia - zastanawia też to co tak naprawdę sama ona napisała, a co tylko pozlepiała. Cała książka jest zabawą słowem, trzeba przyznać, że autorka sprawnie działa, w czymś co bohaterka jej powieści nazywa światem liter. Ale mi to nie wystarcza, przy krótkich formach - felietonach na przykład może i to się sprawdza, ale od książki wymagam czegoś więcej niż zgrabnych zdań, a tak naprawdę tu nic innego nie znalazłam. Agnieszka Drotkiewicz może i jest niezłą dziennikarką, potrafi przeprowadzać wywiady, napisać raz w tygodniu krótki tekst dla czytelników wysokich obcasów, który przeczyta się z uśmiechem, ale to tyle, pisarką według mnie jest co najwyżej przeciętną.