
W poprzednich książkach Joanna Bator skupiła się na snuciu historii długich, niemających ani początku ani końca. Opisywała to co wydawało się jednolite i nieciekawe - blokowisko, tłum, pokazywała jego ludzką twarz i tłumaczyła. W "Ciemno, prawie noc" po raz kolejny mamy tłum i bohaterów bardzo wyrazistych, jednak tłum okazuje się złowieszczy, rozumiany wręcz socjologicznie, jako masa, bezwolna i nieracjonalna, zdolna do czynów wielkich, ale też strasznych, w której jednostka się zatraca i gubi swą sprawczość, czy podmiotowość. Tłum jest jednym bohaterem.
W opozycji do niego stają pozostałe postacie stworzone przez Bator - Alicja, reporterka z Warszawy, która stara się rozwiązać sprawę zaginionych dzieci Celestyna, Albert, Marcin - osoby, które spotyka na swojej drodze i które dołączają do grona tych dobrych, przyjaciół Alicji. Książkę podzieliłabym na trzy części, wzajemnie się przeplatające. Po pierwsze tłum i jego działanie, jako metafora i krytyka Polski. Ważne sprawy tracą w nim znaczenie, chodzi już tylko o bycie w grupie, bezrefleksyjne trwanie i wchodzenie głębiej, płynięcie z prądem bezmyślne używanie słów, bełkot wręcz, powtarzanie tego co usłyszano, zniekształcanie rzeczywistości i zaciemnianie obrazu. Tłum przedstawiony jest jako narzędzie, którym steruje przywódca, masa nie mająca wpływu na to jak zostanie użyta, jak się okazuje nad którą nikt nie będzie potrafił zapanować. Skojarzenia z wydarzeniami i zachowaniami rzeczywistymi są oczywiste i można je mnożyć, myślę że ich wymienianie tutaj nie jest konieczne. ;)
Kolejna część to historia zaginionych dzieci, którymi interesuje się już tylko Alicja i jej "drużyna", ostatnia, płynnie łącząca się z drugą to fragmenty, które określiłabym jako "historie", czyli to do czego Bator już czytelników zdążyła przyzwyczaić. Po raz kolejny są to historie bohaterów, miejsc, przedmiotów, legendy, interpretacje, te same wydarzenia opowiadane z różnych stron i mające inne znaczenia. Tym razem są one pełne niedopowiedzeń, wydarzeń, których znaczenie musimy znaleźć sami, zdecydowanie częściej straszne, niż piękne. Horror obecny jest w książce pod wieloma postaciami.
Joanna Bator jest autorką niezwykle mi bliską, za każdym razem robiącą na mnie piorunujące wrażenie, a jej książki pozostają ze mną jeszcze na długo po przewróceniu ostatniej strony. Wszystkie, bez wyjątku są moim zdaniem bezbłędne, a "Ciemno, prawie noc" śmiało określić mogę jako najlepsze z całej wałbrzyskiej trylogii. Wydaje mi się jednak, że aby w pełni docenić tę pozycję trzeba przeczytać ją właśnie jako trzecią, poznać najpierw autorkę i mieć już w głowie nakreślone przez nią wcześniej obrazy, znać styl.
Pisząc o Joannie Bator i jej prozie nie wyobrażam sobie nie wspomnieć także o języku, którym autorka się posługuje. Cóż wiele mówić, właśnie tak powinno używać się języka polskiego! Język jednocześnie bardzo precyzyjny, słowa trafiają idealnie w sedno, a każde ma znaczenie. Jednocześnie proza Bator ma w sobie coś intuicyjnego, jest grą. Taka poezja prozą.
Polecam, bez zastrzeżeń!
Ocena 10/10
Recenzja bierze udział w wyzwaniu Polacy nie gęsi, czyli czytajmy polską literaturę.