sobota, 8 lutego 2014

Katarzyna Pawlak - Za Chiny Ludowe

Książka, jak czytamy na okładce, to "migawki" ze zwyczajnego życia w Chinach, codzienności zwykłych ludzi, a jednocześnie próba uchwycenia ogromnej dynamiki zmian zachodzących w tym kraju. Jej autorką jest Katarzyna Pawlak, która w Chinach żyła przez dwa lata, w trakcie swojego doktoratu. Większość tekstu książki ukazała się wcześniej w formie notek na blogu http://zachinyludowe.net/.

Początek tej książki był naprawdę obiecujący - pełen humoru i pozytywnego nastawienia, refleksyjny i ciekawy, bezpretensjonalny. Widać było w tym rękę blogerki, krótkie teksty, mocno autorski, lekko napisany. Jednak im dalej tym.. dziwniej, nudniej i z irytującym czepialstwem. Autorka zaczyna tworzyć teksty już do bloga kompletnie nie pasujące, długie, poważne, dotyczące spraw "dużych" - edukacji, polityki, służby zdrowia.. A jednocześnie pobieżne, niezanalizowane dokładnie, bez niezbędnego dystansu i cienia choć sympatii. Zaczyna męczyć.

Ta książka mi o Chinach powiedziała niewiele. A jeśli już "coś", to ciekawostki i to takie, w które nie do końca jestem skłonna wierzyć, a już na pewno nie jestem skłonna wierzyć w ich interpretacje autorki. Czasami są zwyczajnie złośliwe. Ona sama chyba zdawała sobie z tego złego nastawienia sprawę, zresztą było ono w pewnym stopniu wynikiem tego co w Chinach zastała i z czym musiała na co dzień się mierzyć, jednak relacja Katarzyny Pawlak wydaje mi się czymś skażona, sporo tekstów pozostawia niesmak, inne z kolei nie mają żadnego smaku. 

Na minus muszę zaliczyć również mocne przywiązanie autorki do swego wykształcenia (socjologia - nowe media) - analiza Chin poprzez analizę mediów, nie okazała się szczególnie ciekawa, a wnioski do których Pawlak dochodzi nader często wydają się zbyt proste i banalne. Zastanawia mnie również to w jaki sposób do nich dochodzi? Autorka szafuje generalizacjami - mówi o wszystkich, o nikim, o Chińczykach jako całości itp., wszystko przedstawia jako czarno-białe, a mi się wydaje, że do wielu aspektów życia zwyczajnie nie udało jej się dotrzeć.

Im dalej, tym gorzej. W połowie książki dociera do mnie już w całej okazałości, że to co miało być "próbą uchwycenia dynamizmu" jest raczej utyskiwaniem na wszelkie zmiany - ach ta młodzież, co się stanie z Chinami, gdzie korzenie, gdzie tożsamość. Bardzo naiwnie, szczególnie jak na doktorantkę nauk społecznych. Zbyt pobieżnie, bez zrozumienia. Brakuje nawet konsekwencji - raz Chińczyk stający na drodze Pawlak powinien być bardziej "cywilizowany", a raz bardziej tradycyjny. W zależności od wizji autorki.

Książka robi się naprawdę męcząca i irytująca, gdy dochodzimy do drugiej połowy, gdzie Pawlak opisuje swoje podróże. Ostatnie 50 stron czytam, bo muszę, bo kończę książki i tyle. Jednak nudzę się strasznie, nie przyswajam żadnych informacji, mam zresztą wrażenie, że jest ich tam jak na lekarstwo. Może jakaś ciekawa myśl rzucona co 2 strony utyskiwań i narzekań. Pawlak na żadnym temacie się nie zatrzymuje, każda jej relacja, to 2-3 strony, już choćby taka forma nie zachęca do wczytywania się.  Gwoździem do trumny jest język - przekombinowany, przeintelektualizowany i pretensjonalny, z wymuszonym humorem, ale jakiś taki infantylny jednocześnie. Mam wrażenie, że z każdym rozdziałem gorszy.

Krótko - trzymajcie się z daleka, a jeśli macie jakieś wątpliwości, to poczytajcie najpierw bloga autorki i wtedy zdecydujcie się, czy sięgać po książkę.

Ocena 3/10

Recenzja bierze udział w wyzwaniu Czytam Reportaże oraz Polacy nie gęsi, czyli czytajmy polską literaturę.