Marek Pindral wyjechał do Chin jako nauczyciel uniwersytecki języka angielskiego i spędził w nich 2 lata. Przez 2 lata uczył młodzież i podróżował, poznawał Chiny. To co otrzymuje czytelnik w "Chinach od góry do dołu" to mieszanka literatury podróżniczej, wspomnień, o lekkim zabarwieniu politycznym, z odrobiną reportażu. Jest to relacja z pobytu, nie z podróży - miałam więc nadzieje na trochę inne proporcje (mniej przyrody, więcej ludzi, codzienności, tego co doświadczane przez cały wyjazd, nie przez jeden dzień gdzieś w głuszy), przede wszystkim jest to jednak pozycja podróżnicza, opowiadająca o "egzotyce" Chin, o tym co ukryte, mniejszościowe, często też siłą rzeczy (bariera językowa) skupiając się na obserwacji zachowań i okoliczności przyrody, nie na zrozumieniu.
Książka zapowiada się bardzo dobrze, kilka pierwszych rozdziałów to faktycznie relacja z pobytu, zapis doświadczenia życia w chińskim mieście, edukowania młodego pokolenia, zachodzących zmian i wzajemnego wpływu. Pierwsze 100 stron przeczytałam błyskawicznie i z wypiekami na twarzy. Po tym co zaserwowała mi na temat codzienności, ludzi i relacji Katarzyna Pawlak w "Za Chiny Ludowe" - "Chiny od góry do dołu" jawiły się jako kompletna odwrotność tej książki - ciekawy świata i ludzi narrator, pełen życzliwości, podejmujący próby zrozumienia, którego mantrą jest "bądź otwarty" - odwrotność, a więc pozycja zdecydowanie warta uwagi.
Później następuje jednak ogromny skok - przenosimy się z miasta, na prowincję. Zapiski z podróży kompletnie do mnie nie przemówiły. Były zbyt chaotyczne, niewiele poza opisem fizycznym wnosiły, czułam się jakbym została zmuszona do oglądania przez kilka godzin zdjęć z podróży i słuchania historii w odniesieniu do każdego obrazka. Tylko bez obrazków (co prawda zdjęcia są, jednak niewiele mówią ponieważ znajdują się w miejscach dość przypadkowych i nie są podpisane), co ma znaczenie kluczowe - poczucie chaosu jest ogromne. Pindral napotkał na wspomnianą już barierę językową, przestał zwracać uwagę na coś co nazwałam w tej książce "zrozumieniem" - nadal chciał poznać, zobaczyć, ale to co sprawiało, że wcześniejsza relacja była wyjątkowa to człowiek i rozmowa. Znika mantra "bądź otwarty" - co jest dość symboliczne - nie ma zrozumienia, po co więc być otwartym?
Marek Pindral ma ciekawy, ciepły i pełen humoru, inteligentny styl pisania, w interesujący sposób podchodzi też do świata, do dialogu. Szkoda jednak, że nie skupił się na opisaniu tego na czym się znał i w co włożył mnóstwo serca. Mimo, że wzbudził moją sympatię i nie raz udało mu się mnie zainteresować swoją historią, to jednak wyżej książki nie mogę ocenić. Moim głównym zarzutem wobec niej, to to że zabrakło w niej jakiejś myśli przewodniej, refleksji i wyboru. Jest nierówna, niestety i spisana "jak leci", co sprawdzać się mogło w czasie opowiadania, co mogłoby spełnić swoją rolę w telewizji, ale co moim zdaniem jest niewystarczające w książce.
Ocena: 6/10
Recenzja bierze udział w wyzwaniu Polacy nie gęsi, czyli czytajmy polską literaturę oraz wyzwaniu Czytam Reportaże.