środa, 15 października 2014

Katarzyna Puzyńska - Więcej Czerwieni

Katarzyna Puzyńska, po debiutanckim „Motylku” bardzo szybko powróciła z kolejnym tomem cyklu – „Więcej czerwieni”.  Znów zabiera nas w podróż nad mazurskie jeziora, do wiosek i wioseczek – Brodnicy, Lipowa, Żabich Dołów. Można by rzec – wiosek i wioseczek zlanych krwią, już można naliczyć spokojnie 10 trupów, a cykl dopiero się rozkręca..

Po „Motylku” trudno było się domyślić czego tak naprawdę po autorce można się spodziewać, nieźle się zapowiedziała, znalazła niezłą niszę, dała pewien przedsmak, ale nie chciałam decydować się na żadne kategoryczne sądy. „Więcej czerwieni” daje nieco pełniejszy obraz. Puzyńska wraca do znanych nam postaci – Weroniki, Klementyny Kopp oraz Daniela Podgórskiego. Zresztą spina te postacie ze sobą dopiero pod koniec drugiego tomu (a było to coś, na co czekałam od samego początku). Klaruje, konkretyzuje, wskazuje konkretny kierunek – tego też szukałam od początku.

Ale po kolei: w Brodnicy znów dochodzi do morderstwa. A nawet dwóch – giną dwie młode dziewczyny, wszystko wskazuje na pojawienie się w Brodnicy wyjątkowo aktywnego seryjnego mordercy. W ciągu kilku dni liczba zabitych podwaja się, a później..  ginie jeszcze jedna osoba. Policja trafia na same ślepe uliczki i mury – wszyscy milczą, wszystkie powiązania są luźne, a każdy na kogo pada podejrzenie policji, zdaje się mieć nieczyste sumienie. Puzyńska stara się w pełni wykorzystać potencjał „małego miasteczka”.

Czytelnik jest z każdej strony wabiony, w pewnym momencie nawet myślałam, że każda osoba zginęła z ręki kogoś innego. Policja jednak brnie do przodu (momentami niestety nieco naciągając fakty i kierując się przeczuciami), dzięki czemu sytuacja powoli, powoli się klaruje. Zakończenie, oczywiście, odwraca wszystko o 180 stopni i jest zaskoczeniem. Zaskoczeniem i po części rozczarowaniem, ponieważ czytelnik sam nie byłby w stanie pozbierać niezbędnych kawałków, do prawdziwego zabójcy prowadziła cieniutka i porwana niteczka, zresztą niezbyt atrakcyjna i trochę mało wiarygodna.

Muszę przyznać, że miałam większe oczekiwania względem książki i samej Puzyńskiej. Poprzednia książka nie była idealna, a „Więcej czerwieni” powiela sporo błędów. Właściwie niewiele różni się od poprzedniego tomu – oczywiście, sama zagadka kryminalna jest inna, ale cała konstrukcja, wątki, sposób prowadzenia narracji  - kalka. Nie ma tu tego, co cenię najbardziej – wyrazistego, rozpoznawalnego stylu, który przy tym nie zamyka w jednym schemacie.

„Więcej czerwieni” to klasyczny kryminał. Pewnie, takie pozycje są potrzebne, mogą być wartościowe, niewątpliwie dostarczają rozrywki. Właśnie tak mogłabym scharakteryzować „Więcej czerwieni”, gdyby było powiedzmy o 1/3 krótszy. Akcja nieco za bardzo się wlecze, niektóre wątki mogłyby być spokojnie wycięte, czy okrojone – mielibyśmy świetny, dynamiczny kryminał, którego nie wahałabym się porównać ze stylem Becketta, czy nawet Christie. Inna droga – mniej wątków, a bardziej rozwinięte (ilość stron - bez redukcji), przydałby się jakiś bardziej poważny wątek, jakiś wyróżnik. Wracając do rzeczywistości – mamy rozwlekły kryminał, momentami nieznośnie lekki, zbyt szczegółowy, jak na książkę, w której nie sposób samemu rozwiązać zagadki.

Dalej - Puzyńska tworzy ciekawe postacie, ale mam wrażenie, ma problem z ich zaprezentowaniem. Kręci się wokół tych samych tematów, nie rozwija ich historii, powtarza to czego czytelnik dowiaduje się w „Motylku”, a rozwija jedynie postać Klementyny Kopp (ale tylko ciut-ciut, a właściwie mówi tylko wprost, to czego można było się spokojnie domyślić samemu). Wprowadza bardzo dużo nowych bohaterów, fajnie ich kreuje, podobnie jak zrobiła to w „Motylku”, szkoda tylko, że rezygnuje z nich. W końcu akcja toczy się na niewielkim terenie, a nie natykamy się na znane już osoby. Troszkę też żal, że postacie drugoplanowe są bardziej interesujące, niż pierwszo.  

Cały czas zastanawiam się, czy można powiedzieć, że Puzyńska poprawiła swój warsztat, czy się rozwinęła. Warsztat wydaje się być tak sztywno skopiowany, jakby obie książki napisane zostały w tym samym czasie i po fakcie podzielone na dwie części. Nie widzę rozwoju. Książkę pochwalić mogę za skomplikowaną zagadkę, za dopracowanie pewnych aspektów, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że książka jest zbyt książkowa i szkolna. Za mało w niej życia, rys na szkle, daje znać o sobie psychologiczne wykształcenie autorki, ale nie jest to do końca pozytywem. Widać teorię, a nie praktykę. Puzyńska żongluje stereotypami i schematami, ale ciężko doszukać się tutaj drugiego dna, ironii. A jako poważna proza to się zwyczajnie nie sprawdza. Niestety słaba jest też strona językowa – mnóstwo powtórzeń, zdania bez polotu, czytając książkę miałam wrażenie kiepskiego tłumaczenia… Ale moment – jakiego tłumaczenia?!

Podsumowując – mam mieszane, mocno mieszane uczucia. Książka jest całkiem sympatyczna, ale ma sporo niedociągnięć i potrafi zmęczyć. Czy chcecie się przekonać o czym mówię, musicie zdecydować sami. 

Ocena: 5/10

Recenzja bierze udział w wyzwaniach: