Nieczęsto sięgam po literaturę erotyczną, a jeszcze rzadziej udaje mi się faktycznie przez coś przebrnąć. Do przeczytania "Dwanaście" skłoniły mnie pozytywne recenzje i fakt, że często wskazywano na oryginalność tego tytułu i dobry warsztat pisarza. Popchnęła mnie też zwykła ciekawość - trudno było trafić na jakiś konkret dotyczący książki i autora, tytuł wydawał się wyjątkowo niszowy, a treść owiano tajemnicą.
W cieniutkiej książeczce opisanych zostało wyrywkowo, przez pryzmat związków krótszych i dłuższych, 12 lat życia pewnego mężczyzny. Te 12 lat to mocno podkreślany okres, ale tak naprawdę w książce jest tylko kilka scen, nie można mówić o żadnej ciągłości, czy zmianach - równie dobrze wszystko może dziać się w przeciągu kilku dni, czy tygodni, nie jest powiedziane jaką część życia poznajemy, do czasu trudno też uświadomić sobie jej znaczenie.
Bohaterem jest na pozór przeciętny mężczyzna, w średnim wieku, lubiący kobiety i zabawę, ale też szukający miłości i z każdą poznaną kobietą wiążący nadzieje. Niestety przy tym dość mało wyrazisty i aż do finału bezwolny. Z każdym rokiem mężczyzna czuje się coraz bardziej przegrany, coraz mniej w nim ciepłych uczuć, coraz mniej człowieczeństwa, a więcej szaleństwa i złości. Wszystko prowadzi do finału, a właściwie dwóch finałów - jednego dramatycznego, drugiego zaskakującego, które z założenia miało kompletnie zmienić sposób patrzenia na całość.
Starałam się opisać fabułę obiektywnie, teraz moje subiektywne odczucia. Przede wszystkim - liczyłam na coś innego, na coś więcej. Kończąc książkę miałam poczucie, że mimo wszystko chodziło w niej tylko o seks. O wulgarne, wymyślne opisy, dzięki którym potrafiłabym w tym momencie określić penisa na 100 różnych sposobów, w tym 50 groteskowych. To jak się skończyła ta historia nie miało żadnego znaczenia, jej treść się przez to nie zmieniła, a interpretować właściwie nie było czego.
Na poziomie językowym książka nie była najgorsza - poza opisami seksu, których było mnóstwo i które były raczej niezdarne, z uwagi na mnogość wymyślnych nazw męskich i żeńskich genitaliów. M.Grossman właściwie w pozostałych miejscach pisze ciekawie, ma swój styl i używa dość poetyckiego i bezpretensjonalnego języka, ale razi strona techniczna, utrudniająca odbiór. Chociażby to, że zarówno zdania wypowiadane na głos i myśli narratora i głównego bohatera są zapisywane w ten sam sposób, od myślników, jak dialogi. Zresztą tych scen bez seksu jest naprawdę niewiele, ciężko na ich podstawie wyciągać wnioski.
Mało tego książka nie spełniła nawet funkcji sztywno przypisanej literaturze erotycznej - nie rozbudza zmysłów, ani wyobraźni. Opisy były mechaniczne i techniczne, a wszystkie sceny powtarzalne. Czułam się jakbym czytała scenariusz prostego filmu pornograficznego, a nie dobrą literaturę erotyczną, jakiej się spodziewałam. Książka nawet nie bulwersuje, nie zniesmacza - pozostałam względem niej totalnie obojętna, a to chyba najgorsza z możliwych reakcji.
Każda strona książki kuleje - mniej lub bardziej, a zakończeniu autor przypisał zbyt duże znaczenie, kilkoma stronami chciał osiągnąć coś, na co powinien pracować od pierwszej strony. Po skończeniu lektury mam wrażenie, że wszystkie te recenzje, które mnie skłoniły do sięgnięcia po książkę, czy opis z okładki są do treści po prostu nieadekwatne - zbyt górnolotne, przeintelektualizowane. Nie doszukałam się właściwie niczego, co było zapowiadane. Jak dla mnie książka po prostu średnia.
Ocena: 5-/10
Recenzja bierze udział w wyzwaniach:
Czytamy Polecane Książki (gdyby nie pozytywne recenzje na lubimyczytać.pl - nigdy bym się na książkę nie zdecydowała)
Klucznik
Klucznik