wtorek, 29 lipca 2014

John Green - Papierowe miasta

"Papierowe miasta" to moje drugie spotkanie z Greenem, po świetnej i ożywczej "SzukającAlaski" postanowiłam lepiej przyjrzeć się autorowi i jego fenomenowi. Literatura dla młodzieży jest do granic, w moim odczuciu wypełniona bezwartościowymi pozycjami, nastoletni czytelnicy nie są traktowani poważnie, a interesujących i rozwijających lektur jeszcze niedawno można było szukać tylko wśród literatury dla dorosłych. Kolejna rzecz, która mnie w tej materii uwierała, to sztywny podział na płeć, a co za tym idzie: idiotyczne wzorce, stereotypy, ograniczanie wyobraźni - same paskudztwa. :) Green do mnie trafił, właśnie dlatego, że z tym wszystkim udało mu się rozprawić.

„Papierowe miasta” to historia o miłości i dojrzewaniu, o momentach przełomowych i absorbujących do tego stopnia, jakby poza nimi nic nie było. Pochwała wolności – bez jej idealizowania. Głównym bohaterem jest Q., niezbyt popularny nastolatek, który ma niezwykle popularną sąsiadkę – Margo Roth Spiegelman – szkolną legendę, dziewczynę, której ulubionym zajęciem zdaje się być przekraczanie granic i łamanie zasad. Pewnej nocy w pokoju Q., po niemal 10-letniej nieobecności zjawia się Margo we własnej osobie i na kilka tygodni przed zakończeniem szkoły wprowadza totalny zamęt w życiu Q. i jego przyjaciół.

Dziewczyna wkracza na scenę by zaraz z niej zniknąć, zostawić tylko swoje wspomnienie, od którego nikomu nie uda się szybko uwolnić. Ucieka z domu, znika, pozostawiając Q. szereg wskazówek, które mają go naprowadzić na miejsce jej pobytu.

To co początkowo było niewinną i szaloną zabawą staje się szybko koszmarem i obsesją. Q. poprzez przedmioty, teksty, muzykę odkrywa Margo i odkrywa siebie samego, to co wcześniej nie miało kształtu zaczyna się krystalizować, to co przez niego przenikało, nagle zaczyna do niego trafiać. Koniec szkoły faktycznie staje się rytualnym przejściem w dorosłość, końcem zabawy, uświadomieniem sobie na jakich zasadach działa świat i jak światy różnych osób mogą się od siebie różnić.

Książka jest dobrze napisana, ciekawa, niebanalna i może być porywająca. Powiedziałabym, że jest ożywcza i oryginalna, ale mogę co najwyżej eufemistycznie powiedzieć, że Green ma swój styl.. Prawda jest jednak taka, że od pierwszego rozdziału czytelne były schematy, dobrze już znane z „Szukając Alaski”. Zaczynając od portretów bohaterów, przez styl, wydarzenia, drogę, którą przechodzą postacie. Rozczarowało mnie to, szczerze mówiąc – no bo czy książka napisana według znanego klucza, to coś czego oczekuje się po autorze, mającym działać ożywczo i inspirująco?

Książka jest niezła, ale nie tego się spodziewałam. Nie da się jej nie porównywać z „Szukając Alaski”, a przy tym trudno też nie zauważyć, że „Papierowe miasta” są słabsze, mniej emocjonujące, mniej wbijające w fotel. Gorsze też językowo – bardziej zmanierowane, przeintelektualizowane, pretensjonalne. Przy tym sama historia jest mniej uniwersalna, a Margo jest strasznie irytującą postacią.


Mojej przygody z autorem jeszcze nie kończę, choć po lekturze pozostał lekki niesmak. Przeczytam na pewno jeszcze najpopularniejszą książkę autora, czyli "Gwiazd naszych wina" i wtedy będę oceniać - czy Green to artysta, czy raczej rzemieślnik.

Ocena: 6+/10

Recenzja bierze udział w Wyzwaniu Bibliotecznym i Klucznik.