Krzysztof Bielecki, jako autor bardzo pozytywnie zapisał się
w mej pamięci książką „I nagle wszystko się kończy”, pod wieloma względami
nowatorską i bardzo dobrze napisaną. Perspektywa kolejnego spotkania z autorem
i inną formą literacką w jego wykonaniu wydała mi się bardzo atrakcyjna. Taka
już moja natura – zakładam rozwój, do kolejnych pozycji podchodzę ze sporym
entuzjazmem, ale też rosną moje oczekiwania.
Rezydencja okazała się niestety dużo słabsza, zdecydowanie
mniej oryginalna i uboższa niż „I nagle wszystko się kończy”. Jest to historia
mężczyzny, jego siostry, tajemniczego nieznajomego, Rezydencji i paru
pomniejszych postaci. Odnaleźć można w niej kilka wątków, które swój początek
mają w Rezydencji właśnie, która zresztą dla głównego bohatera jest czymś w
stylu źródła, początkiem wszelkich wątków jego życia. Fabułę pozwolę sobie
jednak zgrabnie ominąć, mam wrażenie, że nie była ona najbardziej znacząca,
książkę odebrałam jako mocno symboliczną, metaforyczną, dającą się
interpretować na co najmniej kilka sposobów.
Problem polega na tym, że książkę choć można interpretować –
wcale do tego nie czułam się zachęcona. Jej formuła okazała się zbyt otwarta,
przekombinowana. Ostatecznie wyszło takie wszystko i nic, czyli, no cóż –
bardziej nic. Mało tego całość wydawała mi się niedopracowana, a zakończenie..
właściwie zakończenia zabrakło, książka urwała się w połowie.
Autor zdecydowanie większe wrażenie zrobił na mnie krótkimi,
mocnym opowiadaniami, maksymalnie skondensowanymi i pobudzającymi wyobraźnie. W
powieści, choć bardzo krótkiej, wszystko się rozmyło. Miałam wrażenie, że
czytam rozciągnięte opowiadanie, niestety rozciągnięte na siłę.
Chciałam wyliczyć plusy książki, ale do głowy nie przychodzi
mi nic, co mogłabym z całą pewnością uznać za mocną stronę. Nie jest to zła
książka, raczej.. nijaka. Nie wzbudza zainteresowania, nie wciąga, za kilka dni
kompletnie wyparuje z mojej głowy. Jestem daleko od polecenia tej pozycji.
Ocena: 3/10
Recenzja bierze udział w wyzwaniach: